Eko Rodzic
Wszystko,
co kiedyś nazywało się normalnie, teraz nazywa się eko: eko farmy, eko produkty
czy nawet styl życia. Ale to nie ze względu na podążanie za modą chciałabym
przekazać taki styl życia córce, ale ze względu na to, że jest on od zawsze
ważną częścią mojego życia i taka zdrowa postawa człowieka przyczynia się do
dobra wszystkich, a ja chciałabym wychować odpowiedzialnego człowieka.
Jestem
zapewne eko rodzicem, choć sama bym się tak nie nazwała, bo do życia całkowicie
w zgodzie z naturą mi daleko i jestem świadoma, że to przez to, że kupujemy
mnóstwo produktów w jakichś plastikowych opakowaniach i generujemy, głównie
tym, sporo (kilka reklamówek tygodniowo) ciężko rozkładalnych odpadów.
Eko Lektura – Pożywienie dla Eko Rodzica
W
ten weekend wreszcie udało mi się przez męża zdobyć osławioną lekturę „Zamień
Chemię na Jedzenie,” o której myślałam już dość dawno. Tak bardzo na nią
czekałam, że zaraz po wejściu spytałam męża czy udało mu się ją przeglądnąć i
zobaczyć co w niej jest. Za to on bez entuzjazmu stwierdził: „Nie wiem czy Ci
się spodoba.” „Jak to? To, co w niej jest?” – spytałam z niedowierzaniem.
„Przepisy. Ty
robisz podobne rzeczy, tylko nie używasz cukru…” „Przepisy!?” Najpierw
pomyślałam, że się pomylił, albo pomylił książki, ale nie… Dostało mi się nowe
wydanie uzupełniające, a w nim przepisy kulinarne. Książka nie jest oczywiście
bezużyteczna, przeciwnie, jest bardzo dobra, ale po przeczytaniu recenzji o
rewolucji, spodziewałam się dużo więcej, i innej treści. Może to już było, ale
w wydaniu poprzednim, pierwszym… Tymczasem tu żadnej rewolucji nie ma. Nie
znaczy to, że książka jest zła, tylko, że dla mnie jest jak musztarda po
obiedzie. Doszłam do wniosku, że znowu (jak to często bywa) jestem o krok do
przodu. Ta książka jest super dla początkujących, takich, którzy chcieliby
zmienić jedzenie na zdrowe, zdrowsze, albo którzy są na początku tej drogi. Lektura ta uświadomiła mi, że moje
nawyki żywieniowe są całkiem zdrowe i jeśli te przepisy zawarte w niej są
rewolucją to nie wiem, jak nazwać mój styl, który nigdy za rewolucyjny nie
uważałam. Jest to raczej powrót do korzeni.
Moje Jedzenie
Produkty
ekologiczne były mi bliskie od zawsze. Wychowywałam się przede wszystkim na wsi
i moi rodzice zawsze usprawiedliwiali liczne prace domowe związane z ogródkiem
warzywnym itp. właśnie tym, że dzięki temu mamy produkty
ekologiczne. Trochę mnie to irytowało, tak, jak prawie codzienne gotowanie
świeżego obiadu. W latach 90tych żywność, a nawet gotowe posiłki zwłaszcza w
stołówkach były tanie w porównaniu do obecnych cen. Jeszcze na studiach na
początku milenium płaciłam 3 zł za dwudaniowy obiad. Tyle, że te obiady czasem znacznie
różniły się od tego, co mi było znane np.
najczęściej trudno się było doszukać
czegokolwiek wartościowego w wodnistych zupach, a ich smak nie
przypominał smaku warzyw. Często zastanawiało mnie jak oni uzyskują ten dziwny
nienaturalny smak potraw albo raczej co trzeba zrobić, aby z pysznych i
smakowitych warzyw uzyskać coś takiego.
Prawdziwe
doświadczenie z gotowaniem zaczęłam dopiero po rozpoczęciu pracy po studiach,
ale ogromny postęp nadszedł wraz z ciążą, a następnie przy rozszerzaniu diety
Emi J Moja kreatywność w gotowaniu nie ma już granic, a moje
dziecko zachwyca się moim barszczem czerwonym z selerem czy pizzą, chociaż jej
ulubionymi są obecnie pierogi w każdej wersji (np. z farszem z cukinią). Rzadko
gotuję też według jakieś przepisu, a już na pewno nigdy niczego nie odmierzam.
I jeszcze jedno wiem na pewno: w mojej kuchni nie ma potocznie zwanej soli,
czyli chlorku potasu. Zauważam to zazwyczaj przy okazji gości, którzy jeszcze
nie wyeliminowali go ze swojej diety. Podobnie z cukrem spożywczym, chociaż
czasem zdarza mi się go kupować np. jako
konserwant do przetworów. Po prostu cukru nie używam na co dzień w kuchni, więc
o nim nie pamiętam. Poza tym, w ogóle mi nie smakuje i nie mogłabym jeść cukru
na łyżeczce tak ot. Podobnie ma się sprawa z tłuszczem… Oczka w rosole były
zawsze moją zmorą, nie wspominając obrzydliwych skórek na mięsie z kurczaka.
Do
tej pory katorgą są dla mnie przyjęcia, na których podają sztuczne rzeczy i
twierdzą, że to do jedzenia: majonez, wszelkiego rodzaju niezjadliwe „placki” z
dziwnymi masami, napoje, które już dziwnie pachną, albo grill z czymś co udaje mięso.
Rzadko, ale się zdarzają i takie okazje – co za ironia, stół zastawiony, a tu
nie da się nic zjeść, ani napić. O środowisku z pracy powiem innym razem.
Mogę tak
wyliczać bardzo długo, bo wybredna, nie tylko do jedzenia, już się pewnie
urodziłam, bo od kiedy pamiętam taka właśnie byłam. Znalazłabym parę podobnych
osób w rodzinie, więc pewnie po kimś to mam. W każdym razie, po latach
męczarni, zauważyłam, że nie jestem sama. A teraz jest nas coraz więcej.
Smakosze J




Prześlij komentarz