poniedziałek, 11 kwietnia 2016


Eko Rodzic
Wszystko, co kiedyś nazywało się normalnie, teraz nazywa się eko: eko farmy, eko produkty czy nawet styl życia. Ale to nie ze względu na podążanie za modą chciałabym przekazać taki styl życia córce, ale ze względu na to, że jest on od zawsze ważną częścią mojego życia i taka zdrowa postawa człowieka przyczynia się do dobra wszystkich, a ja chciałabym wychować odpowiedzialnego człowieka.

Jestem zapewne eko rodzicem, choć sama bym się tak nie nazwała, bo do życia całkowicie w zgodzie z naturą mi daleko i jestem świadoma, że to przez to, że kupujemy mnóstwo produktów w jakichś plastikowych opakowaniach i generujemy, głównie tym, sporo (kilka reklamówek tygodniowo) ciężko rozkładalnych odpadów.

Eko Lektura – Pożywienie dla Eko Rodzica

W ten weekend wreszcie udało mi się przez męża zdobyć osławioną lekturę „Zamień Chemię na Jedzenie,” o której myślałam już dość dawno. Tak bardzo na nią czekałam, że zaraz po wejściu spytałam męża czy udało mu się ją przeglądnąć i zobaczyć co w niej jest. Za to on bez entuzjazmu stwierdził: „Nie wiem czy Ci się spodoba.” „Jak to? To, co w niej jest?” – spytałam z niedowierzaniem.
„Przepisy. Ty robisz podobne rzeczy, tylko nie używasz cukru…” „Przepisy!?” Najpierw pomyślałam, że się pomylił, albo pomylił książki, ale nie… Dostało mi się nowe wydanie uzupełniające, a w nim przepisy kulinarne. Książka nie jest oczywiście bezużyteczna, przeciwnie, jest bardzo dobra, ale po przeczytaniu recenzji o rewolucji, spodziewałam się dużo więcej, i innej treści. Może to już było, ale w wydaniu poprzednim, pierwszym… Tymczasem tu żadnej rewolucji nie ma. Nie znaczy to, że książka jest zła, tylko, że dla mnie jest jak musztarda po obiedzie. Doszłam do wniosku, że znowu (jak to często bywa) jestem o krok do przodu. Ta książka jest super dla początkujących, takich, którzy chcieliby zmienić jedzenie na zdrowe, zdrowsze, albo którzy są na początku  tej drogi. Lektura ta uświadomiła mi, że moje nawyki żywieniowe są całkiem zdrowe i jeśli te przepisy zawarte w niej są rewolucją to nie wiem, jak nazwać mój styl, który nigdy za rewolucyjny nie uważałam. Jest to raczej powrót do korzeni.

Moje Jedzenie
 

Produkty ekologiczne były mi bliskie od zawsze. Wychowywałam się przede wszystkim na wsi i moi rodzice zawsze usprawiedliwiali liczne prace domowe związane z ogródkiem warzywnym itp.  właśnie  tym, że dzięki temu mamy produkty ekologiczne. Trochę mnie to irytowało, tak, jak prawie codzienne gotowanie świeżego obiadu. W latach 90tych żywność, a nawet gotowe posiłki zwłaszcza w stołówkach były tanie w porównaniu do obecnych cen. Jeszcze na studiach na początku milenium płaciłam 3 zł za dwudaniowy obiad. Tyle, że te obiady czasem znacznie różniły się od tego, co mi było znane np.  najczęściej trudno się było doszukać  czegokolwiek wartościowego w wodnistych zupach, a ich smak nie przypominał smaku warzyw. Często zastanawiało mnie jak oni uzyskują ten dziwny nienaturalny smak potraw albo raczej co trzeba zrobić, aby z pysznych i smakowitych warzyw uzyskać coś takiego.




Prawdziwe doświadczenie z gotowaniem zaczęłam dopiero po rozpoczęciu pracy po studiach, ale ogromny postęp nadszedł wraz z ciążą, a następnie przy rozszerzaniu diety Emi J Moja kreatywność w gotowaniu nie ma już granic, a moje dziecko zachwyca się moim barszczem czerwonym z selerem czy pizzą, chociaż jej ulubionymi są obecnie pierogi w każdej wersji (np. z farszem z cukinią). Rzadko gotuję też według jakieś przepisu, a już na pewno nigdy niczego nie odmierzam. I jeszcze jedno wiem na pewno: w mojej kuchni nie ma potocznie zwanej soli, czyli chlorku potasu. Zauważam to zazwyczaj przy okazji gości, którzy jeszcze nie wyeliminowali go ze swojej diety. Podobnie z cukrem spożywczym, chociaż czasem zdarza mi się go kupować np.  jako konserwant do przetworów. Po prostu cukru nie używam na co dzień w kuchni, więc o nim nie pamiętam. Poza tym, w ogóle mi nie smakuje i nie mogłabym jeść cukru na łyżeczce tak ot. Podobnie ma się sprawa z tłuszczem… Oczka w rosole były zawsze moją zmorą, nie wspominając obrzydliwych skórek na mięsie z kurczaka.
Do tej pory katorgą są dla mnie przyjęcia, na których podają sztuczne rzeczy i twierdzą, że to do jedzenia: majonez, wszelkiego rodzaju niezjadliwe „placki” z dziwnymi masami, napoje, które już dziwnie pachną, albo grill z czymś co udaje mięso. Rzadko, ale się zdarzają i takie okazje – co za ironia, stół zastawiony, a tu nie da się nic zjeść, ani napić. O środowisku z pracy powiem innym razem.
Mogę tak wyliczać bardzo długo, bo wybredna, nie tylko do jedzenia, już się pewnie urodziłam, bo od kiedy pamiętam taka właśnie byłam. Znalazłabym parę podobnych osób w rodzinie, więc pewnie po kimś to mam. W każdym razie, po latach męczarni, zauważyłam, że nie jestem sama. A teraz jest nas coraz więcej. Smakosze J
0 comments:

Prześlij komentarz